Łódź x30 poziom | 19 lipca 2010, 14:11:52
kategoria:
Ogólne
Dodaj komentarz
Spoglądam na trzy Łodzie. Ostatnie oblicze Łodzi jest ciemne od biboszy, osowiałości, nieróbstwa i tych, których los jest wolicjonalny. Czyjeś decyzje znacznie, a w niektórych przypadkach całkowicie zaważyły na ich życiu. To obraz nędzy i rozpaczy.
Drugie – szare od indyferencji, od rakarzy, profanów, pretendentów często bez szans na coś lepszego, ale wciąż pragnących czegoś więcej i czasami lubiących „dobrze” zabawić się, a nawet zalać się w trupa, choć zwykle chodzą oni lekko pod(ch)mieleni. Oblicze to jest pełne potakiewiczy i połających innych, w tym nie tylko gorszych od nich, ale i lepszych. To właśnie plac ciągłego boju, na którym toczy się wojnę o to, aby nie zejść do trzeciej Łodzi. W tym przedziale znajduje się chyba największa liczba nonkonformistycznych jednostek, które czasem zmieniają coś na lepsze, a czasem na gorsze. Czyni się wiele, aby wyglądało tak, że właśnie ta druga Łódź ma języczek u wagi. Niestety, ta Łódź podczas walk zapomniała o tym, że ma decydujący głos i może wszystko zmienić. Prowadzi walkę, grając tak, jak chce tego pierwsza Łódź, zabierając sobie rozstrzygający głos. A przecież mogłaby przestać prowadzić tę wojnę i uznać ją za absurdum. Mogłaby, ale...
Takim sposobem decydujący głos przechodzi na oblicze, które jest tylko czasami przystępne dla ogółu i w większości przypadków tylko na pokaz. Jowialne, często nudzące się jak mops miasto, wielokrotnie wprowadza w życie wszystkich Łodzian novum, które bywa nieprzemyślane w pełni. Ma to miejsce zwykle dzięki pieniądzom całego grodu. Trzecie lico miasta opływa w dostatki, dając pozostałym złudne nadzieje na „lepsze” i „łatwiejsze” życie. To ta Łódź predestynuje za resztę i to mimo że w większości wypadków rzeszy społeczeństwa nie słucha. Łowi ryby w mętnej wodzie, a potem wszystkiego się wypiera, tłumacząc, tak ażeby inni ich rozumieli i usprawiedliwiali. Kłamie aż kurzy, ale reszta jej zawierza, a przynajmniej po części i nieświadomie.
Drugie i trzecie twarze Łodzi wychowywane przez pierwszą myślą tak, jak ich wychowano. Wybaczają mimo niefrasobliwego sposobu bycia tej Łodzi. Przebaczają manipulacje, skorumpowanie, tym bardziej że i te cechy występują w drugiej, a gdzieniegdzie i w trzeciej klasie, a wszystko to przez wyścig szczurów do pierwszej klasy i chęć bycia „kimś”. Kimś, kogo wmówiono mieszkańcom, że jest szczęśliwy, spełnia się i jest poważany przez resztę, czyli także przeze mnie i przez Ciebie. Wybaczają – dobrze o nich świadczy. Najgorsze, że często mylą wybaczanie z godzeniem się na coś. Godzić się – to być po ich stronie. Pierwsze oblicze miasta wprowadza, a to nowomowę, a to obraca właściwą dla niej drogę i zgadza się na to, co się im opyla. Ich definicja bezinteresowności zwykle wygląda następująco: Damy im to, bo inaczej stracimy.... Druga klasa woli optować za tym, co dla niej dobre, często nie dostając nic w zamian. Poniektórzy wykorzystują gorzej usytuowanych od nich oraz najuczciwszych i to zwykle jeszcze tych, co są w tym obliczu Łodzi, co oni, choć i potrafią nabić w butelkę najbiedniejszych i najuczciwszych z klasy trzeciej. Trzecia część miasta, jeśli się sprzeciwia to tak, że ośmiesza siebie, a jeśli ktoś z tej Łodzi chce zrobić coś dobrego, to się mu to skutecznie uniemożliwia, a społeczeństwo karmione łgarstwami i nieświadomością (często nawet w tej pierwszej klasie miasta) sądzi, że system nie jest taki zły.
Nawet jeżeli w drugim czy trzecim obliczu miasta znajdzie się ktoś, kto dorównuje tym, z pierwszej zbiorowości pod względem uzdolnień, talentu i inteligencji, a nie jest ślepo posłuszny w tym, co „należy”, aby był, i tak nie ma szans, by nie wylecieć sroce spod ogona. Pozostaje mu obejść się smakiem tego „górującego” sposobu życia. Od wielkiego dzwonu jest inaczej. Zwykle pierwsza Łódź woli ofukać, ogołocić niż pomóc, pomaga niektórym, którzy pchają się jak świnia do koryta lub w klasie trzeciej są już na takim dnie, że muszą coś zrobić, aby o nich źle nie świadczył ten stan. Do tej podzielonej Łodzi dochodzą różne charaktery ludzi. Bomba wybuchowa! Można ogłupieć.
Tak jest z dawien dawna i do momentu, kiedy nie przejdziemy przez reorientację i nie zmienimy tego, będzie jak było i jest. Stąd bierze się oscylacja nastrojów społecznych. Stąd rujnacja rodzin i wartości (czyżby na pewno nie dysponujemy umiejętnościami niezamierzonymi w postrzeganiu otoczenia?). Stąd rojzrożenie i rozbisurmanie się wielu. Rudymentalny błąd! Progres ludzkości nie w ten sposób winien się odbywać. Nie kosztem tłumu. To nie jest prospołeczne, chyba, że mowa tylko o pewnej części ogółu, tej „lepszej”. Pchnijmy sprawę i zmieńmy to. Nie ma co się odymać, należy działać. Gdzie? Zastanówmy się głębiej. Podam przykład:
Trudno jest nazwać biednym mieszkanie złożone z kilku pokoi przytulnych (np. 2, 3) i to mimo tego, że znajduje się w kamienicy. Z drugiej strony trudno jest nazwać bogatym mieszkanie składające się z jednego czy też dwóch pokoi zimnych, nieprzyjemnych i to pomimo faktu, że znajduje się ono w bloku. Oczywiście, należy też brać pod uwagę zamierzenia związane z architekturą wnętrza, gdyż niektórzy lubują się w wiejskich, a nawet surowych np. starożytnych dekoracjach. Inni wybierają skromne życie i to mimo sporej kwoty odłożonej w banku lub w skarpetkach. Jeszcze trudniej zaliczyć do bogatych rodzinę zamieszkującą stary dom przypominający wyglądem ruinę.
Oczywiste jest to, że pozory mogą zmylić, tak jak mylą się ci, co uważają, że w kamienicach mieszkają tylko biedni. Znam ludzi, którzy wybrali życie w kamienicy z innych powodów niż brak środków finansowych, ba, większość z nich ma więcej pieniędzy od osób zamieszkujących bloki, a wnętrza ich własnego kąta bywają bogato urządzone. Niejeden też korzystający z pomocy państwa, np. Opieki Społecznej (nie)musi być alkoholikiem czy biedakiem. Czasami zdarza się, że ludzie będący przy kasie wykorzystują pewne sytuacje i obowiązujące prawo. Człowiek, który pracuje na czarno u bogatej ciotki w firmie, zamieszkały w kamienicy w biednej dzielnicy, mając dwa, a nawet trzy pokoje i ekstra wnętrze mieszkania może spokojnie zostać zjadaczem pożywienia na koszt państwa i nikt mu niczego nie może udowodnić. Kiedy jednak pomocy potrzebuje ktoś zamieszkały w mieszkaniu złożonym z dwóch pokoi w bloku i nie jest on ani alkoholikiem (choroba przewlekła), ani oszukującym państwo pracownikiem nielegalnym, czyli uczciwym obywatelem, i niech ma nawet dzieci, i będzie poszkodowany przez innych (w trudnej sytuacji życiowej z niewłasnej woli) to i tak jeśli otrzyma pomoc od państwa, to z trudem i często po czasie, co nierzadko więcej kosztuje i państwo. Nierzadko taki poszkodowany pragnący już jakiegokolwiek sukursu, nie może egzekwować swoich praw, bo go najzwyczajniej w świecie na to nie stać i może nawet nie ma na to sił. Jeżeli jednak nagle miałby odpowiednie finanse (zwykle wtedy miałby dom i byłoby po sprawie, bo nie szukałby pomocy), wtedy wygrywa rozprawy i żyje z samych odszkodowań.
Lata upływają, a życie różnymi sposobami z tymi światami Łodzi przedziera się przez ściany mieszkalne, gdzie obserwować można przeżywających golgotę. Większość poszukuje w swoim życiu coś jakby spécialité, ale mylone jest to ze znieważaniem innych (zamiast pomagania), pijaństwem (miast dobrej zabawy i radości), przepychaniem się w walce o stanowiska (w zamian za dobroć i jedność), szukaniem dobrego „kleju” do „ukochanego” stołka (w miejsce dania szansy innym). Dorastający muszą wywalczać sobie własne miejsce w tym łódzkim świecie. Łódź dla młodych? Ciekawe twierdzenie. Jego prawdziwość zależna jest od tego, o jakich młodych mówimy i z jakiego oblicza Łodzi. High life (zazwyczaj starsi) zwykle młodzików nie wpuszczają do siebie. To taka prewencja tych, którzy boją się często niesłusznie pajdokracji, która prowadzi do pandemonium. Wszyscy to widzą, poszkodowani zwykle jedynie chcą jojczyć, a inni są obojętni lub „za” taką sytuacją, bo w takiej się wychowali i się z tym oswoili. Okiełznanym jest lepiej, choć też nie wszystkim. Najbardziej są winni nie ci u władzy, bo to zrozumiałe, że co za dużo to niezdrowo. Odpowiedzialni za to są ci dobrzy wszystkich obszarów, których zobojętnienie skłoniło do braku reakcji i ślepoty tego, co takie zachowanie ze sobą niesie. I już nie mowa tutaj o cichej hekatombie. Nie chcemy systemu hiperpoprawnego. Po prostu system obecny jest niepoprawny, a hurma nas to lekceważy, bo sobie jakoś daje radę, ci natomiast co nie dali rady, już nie mają prawa głosu. Niektórzy dostrzegając to twierdzą, że jeszcze nic lepszego nie wynaleziono. Wynaleźć pewnie wynaleziono, ale mało kto jest w stanie to zrozumieć, gdyż łatwiej jest zrozumieć gonitwę za tym, co daje nam złudną radość. Nie uczymy się na błędach historii, a retrospekcja służy z reguły do przyjemności lub obwiniania, a nie autorefleksji i pojednania.
Nie umiemy dostrzegać w innych danych zdolności, więc rzucamy wszystkich w jeden kocioł, tym samym tworząc chmarę prześcigających się ludzi i pełnych paradoksów. Każdy chce uciec z tej pułapki, ale z drugiej strony nie chce. Osoby te chcą być inne, ale dopasowują się do reszty. Chcą akceptacji i dobrych relacji z resztą, ale z tą resztą także walczą i chmurzą się wobec słów krytyki wypowiedzianych pod ich adresem. A wszystko to zakryte pokrywką obłudy i pewnych prawideł rządzących światem. Gotowani w garnku, umierają, nie zdążywszy ujrzeć prawdy.
Może kiedyś otworzymy swoje okno na świat i zobaczymy, w czym żyjemy, a wtedy nauczymy się współżyć ze sobą i zejdziemy po przykrywce i zaczniemy żyć.
Moje myśli na klawiaturę przelała Kamelia, stosując technikę, o którą mi chodziło, za co jej mocno dziękuję. Sam z racji chaosu myśli, lepiej bym tego pejzażu Łodzi nie naszkicował słowami, a chciałem to umieścić i możliwe, że zostawię dla potomności. Pozdrawiam
Udogodnienia a prawda0 poziom | 10 lipca 2010, 15:25:54
kategoria:
Ogólne
,
Paradoksy
,
Technika
4 komentarze
Człowiek od dawien dawna poszukuje wszystkiego, co ułatwi mu życie. Żyje w gonitwie myśli i pędu dnia, który narzucają mu obowiązki i inni, a także on sam. Taki tryb życia przyczynia się do poszukiwania udogodnień.
My - ludzie upraszczamy sobie wszystko jak najbardziej, oszczędzamy się nawet podczas rozmów z drugą osobą. Powstają nowe wynalazki w tym te coraz mniejsze i często coraz gorsze. Wynalazki, które mają nam pomagać w życiu, a nierzadko nam szkodzą. Popularną i pożądaną atrakcją człowieczego życia jest uciecha, przyjemność, a to daje nam zabawa. Nie każdy ma zadatki do wyczynowego uprawiania sportu. Niektórzy cieszą się z osiągnięć techniki i dzięki nim mogą słuchać muzyki, zabawić się grając, jeździć na stacjonarnym rowerku w celu zrelaksowania się i zadbania o sylwetkę. Na chwilę obecną, z historii wynika, że kilka milionów lat temu zaczęły powstawać pierwsze unowocześnienia. To był krok, w którym człowiek przestał się podporządkowywać otoczeniu, a próbował zmienić świat do swoich pragnień. Wtedy narzędzia były nieszkodliwym wymysłem w przeciwieństwie do dzisiejszych, niesprzyjających ludzkich dzieł. Dziś chcemy żyć wygodnie i bawić się ile wlezie, dlatego też to w większości dla tej formy spędzania czasu produkuje się multum produktów.
Kres XIX wieku i start elektryczności pokazał nam, jak szybko mogą dokonywać się przemiany w naszych dziedzinach życia i to zarówno na dobre, jak i złe. Na skutek tego, co się działo w końcówce tamtego stulecia dziś mamy odbiorniki radiowe i stacje, telewizory i telewizję oraz komputery i Internet. Era informacji trwa, publikatory nagłaśniają wiele spraw. W tym o katastrofach, polityce, muzyce, a nawet o wynalazkach i laureatach Nagrody Nobla. Tematy te, często są traktowane po omacku lub jakby znawcy tematu nie chcieli ujawniać wszystkiego, pozwalając na to, aby inni dopowiadali sobie pewne części tematu sami, niekoniecznie właściwie. Przez to wynikają błędne założenia i ich dowodzenie, które bywa bezbłędne, ale co z tego, skoro dowodzi się nie to, co powinno. Potem większość żyje tym, co doświadczyło i nie potrafi przyjąć niczego innego. Idąc technologicznie dalej, zabiera się w przyszłość tę błędnie wywnioskowaną konstatację. Wystarczy już kilka lat, aby ta mniejszość zobojętniała na niewiedzę większości i zaczęła przystosowywać się do reszty.
Jedną z takich dziedzin (może zwiodę niektórych tym, że dzisiaj nie będziemy pisać o FLAC/MP3 i o kopii oryginału nagranej z prędkością x4 i x1 oraz o wytłoczonej oryginalnej płycie) są spory wokół ekologii. Bez wątpienia to taka dziedzina, w której mamy do czynienia zarówno z ludźmi zajmującymi się sprawami ochrony środowiska w sposób teoretyczny (teoretykami), jak i osobami sprawdzającymi te teorie w rzeczywistości (praktykami). I od tego, jak oni współpracują ze sobą nawzajem i ludźmi z innych dziedzin zależy, jak ich praca będzie wykonywana. Dbanie o nasz świat stało się istotne, kiedy zaczęliśmy go znacznie „używać”. Cokolwiek przyszłoby mi myśleć na temat ekologów i ich mniemań, jestem świadomy, że w jakimś stopniu interweniujemy w ten nasz dom. Zawsze byłem przeciwny bezmyślnemu wycinaniu drzew. Dziwię się władzom miast, że pozwalały na lekkomyślne wycinanie drzew tam, gdzie mogłyby one zostać. Naprawdę, żeby wybudować osiedle, nie trzeba od razu wycinać wszystkich drzew i zostawiać puste przestrzenie między blokami, czy też wieżowcami. Wiem też, że sami jesteśmy tutejsi i surowce tu dostępne także pochodzą z Ziemi. Reakcje zachodzą w całym Wszechświecie i chyba tak będzie po wsze czasy, a przynajmniej nic mi nie wiadomo, aby miało być inaczej. Aczkolwiek nie zmienia to faktu, że nie przyczyniamy się tyle do odmiany klimatu, który ponoć zmieniał i zapewne będzie się zmieniał, co może bardziej przyśpieszamy te zmiany.
Mnie jednak martwi coś innego. Kiedy pewne substancje ziemskie wyczerpią się, wtedy wszystko może „siąść”. Bez samochodu osobowego można jeszcze przeżyć, ale trudno będzie odnaleźć się nam w domu bez prądu czy gazu. Wydaje się, że już jakiś czas temu powinniśmy wysiąść ze swojego wygodnego auta i wybrać wygodny rower, albo niewygodną komunikację miejską. Ile jednak ludzi zrezygnuje z komfortu? Ile osób zrezygnuje dla ogółu reszty? Nikomu, kto ma jakikolwiek wpływ na ludzi, nie jest to na rękę, gdyż pewno sam korzysta z takich dobrodziejstw dla swojego lenia. Zamiast myśleć, jak tu oszczędzić jak najwięcej surowców wykorzystujemy je, a nawet potrafimy wojować, oszukiwać lud, aby je uzyskać. Wszystko dlatego, że surowce są niezbędne, a my od nich uzależnieni.
Następną sprawą jest odchodzenie starej, zacnej żarówki z drutem wolframowym do lamusa. Zgadza się, że są inne, lepsze pod względem wykorzystania energii elektrycznej źródła światła. Żarówka klasyczna z żarnikiem z drutu wolframowego nie dość, że produkuje wiele zbędnego ciepła, to jeszcze jest nieekonomiczna pod względem ilości bezawaryjnych godzin pracy i jest daleko nieekonomiczna pod względem zapotrzebowania na energię elektryczną, a była znana w XIX wieku, kiedy to już byliśmy świadomi, że trzeba przepuścić prąd elektryczny przez włókienko. Dzisiaj mamy wiele alternatywnych źródeł światła, źródeł, które pobierają niewiele energii elektrycznej w porównaniu z klasyczną wersją żarówki, jak również nie wydzielają niepotrzebnie tyle ciepła. Żarówki zwane energooszczędnymi rzeczywiście są energooszczędne, jednakże i tutaj jest kilka „ale”. Dlaczego piszę o tym? Ekolodzy biją na alarm, że stara żarówka jest nieekonomiczna, ale jedynie z jednego punktu widzenia – pobiera bardzo dużo prądu w porównaniu z alternatywnymi źródłami światła. Zapominają jednak o tym, że większość z ludzi nie kupi drogich i naprawdę energooszczędnych żarówek, które na dodatek są naprawdę ekologiczne pod względem konstrukcji. Większość ludzi kupi żarówki tańsze, które trzeba będzie wymieniać co najmniej raz na rok zamiast raz na 8-10 lat. Warto tutaj dodać, że większość żarówek tych tańszych różni się od tych droższych aż jednym kluczowym elementem – warystorem. Element ten powoduje, że zanim żarówka zapali się „na dobre” jest podgrzewana, co powoduje, że nie są aż tak szybko wypalane elektrody potrzebne do zapłonu gazu. Koszt takiego warystora to kilka złotych a koszt żarówki idzie z 5-8zł do nawet 60zł. Każda żarówka energooszczędna działająca na zasadzie świetlówki, czyli zdecydowana większość rynku, to żarówki wypełnione gazem a ten, by móc świecić odpowiednio mocno, potrzebuje rtęci, co prawda małej ilości, ale zawsze. Strach pomyśleć co będzie z naszym środowiskiem jak średnio raz na rok przeciętna rodzina „wywali” do śmieci ze 4 żarówki. Czy ekolodzy pomyśleli o tym, zabierając zwykłą żarówkę? Przecież nie każdego stać na te żarówki po 60zł których cena i tak jest kilka razy za duża, jak na różnice, jakie są pomiędzy modelami „ekonomicznymi”.
Jest jeszcze jedna grupa energooszczędnych żarówek – tak zwane halogenowe. Żarówki halogenowe pobierają tylko około 30 procent mniej od zwykłej żarówki i w praktyce przepalają się podobnie jak żarówki stare. Cena takiej żarówki jest niewiele większa od ceny byłej już żarówki z włóknem wolframowym. Ekonomiczność takiej żarówki pozostawia wiele do życzenia, ale przynajmniej żarówka ta nie zatruwa środowiska rtęciom, co nie jest bez znaczenia.
Innowacją są diody LED, gdyż nie dość, że zużywają o wiele mniej prądu, to dodatkowo potrafią świecić bardzo długo (chyba, że są niewłaściwie zasilane, to jest zostanie podany za duży prąd). Czas świecenia takiej diody jest obliczony na około 20-30 lat bez zmiany w intensywności świecenia. Na razie dioda mocy, bo o takiej tu mowa jest droga, ale to tylko kwestia czasu. Jeszcze kilka lat temu, zwykłe diody kosztowały 1-2zł/szt., a teraz jest to co najwyżej 20gr/szt. Ceny takiej LED mocy na pewno by spadły, gdyby nie producenci żarówek energooszczędnych na bazie świetlówek. Muszą przecież to sprzedać, a ekolodzy im w tym bardzo dobrze pomagają.
Temat surowców i oświetleń to nie jest jedyny kontrowersyjny temat. Innym jest wmawianie ludziom, że należy wyłączyć ładowarkę od telefonu z kontaktu, gdy się komórki nie ładuje. Podobnym „eko” kłamstwem jest potrzeba wyłączania telewizora z kontaktu, zamiast zostawianie go z diodą komunikującą, że choć wyłączony, nadal jest podłączony do sieci energetycznej.
Trudno jest wytłumaczyć komuś, że jak mam wyłączony odbiornik TV przez 7h na dobę całkowicie z gniazda energetycznego, to pobierze on przy pierwszym włączeniu co najmniej (jak nie więcej), tyle samo energii elektrycznej, co wówczas gdyby był na czuwaniu, ale dodatkowo ten sam telewizor dozna „udaru” prądowego, co skutecznie skraca jego żywotność. Tutaj dochodzimy do podwójnej bzdury. Z jednej strony nabiera się ludzi, że oszczędzają energię, a z drugiej strony powoduje się szybsze zużycie posiadanego sprzętu i konieczność częstszej wymiany. Ekolodzy się radują, bo ekologia jest najważniejsza, a producenci sprzętu są jeszcze bardziej zadowoleni, bo częściej kupujemy nowy sprzęt. Oczywiście trzeba też podkreślić, że jak jedziemy na wakacje, czy nie używamy 4 dni telewizora w ogóle, to de facto lepiej go wyłączyć, gdyż nawet wypomniany przeze mnie wcześniej „udar” będzie w tym przypadku mniej szkodliwy, niż bezużyteczna praca elementów, które się zużywają, a ponadto zużywają cenną energię elektryczną na marne. Wspomnę jeszcze dokładniej o ładowarkach do telefonów komórkowych. Jeżeli jest to firmowa ładowarka, to energia pobrana przez nią w stanie spoczynku przez 48h będzie mniejsza niż energia potrzebna do jej ponownego rozruchu. Zadajmy sobie pytanie jak często dzisiaj trzeba ładować komórkę i jaka jest oszczędność sprzętu i energii przy częstym włącz/wyłącz? I oczywiście jestem „za” standaryzacją złącz ładowarek (z innych powodów niż ekolodzy), nie zmienia to jednak faktu, że pomysł ten powstał przez ekologów i jest tylko obejściem faktycznego źródła problemu. Ekolodzy namawiają nas do zmiany całej ładowarki zamiast wyprodukowania przejściówek (produkcja bardzo tania, a i z ekologicznego punktu widzenia nie zagraża tak środowisku, jak wiele innych produkcji), które nie dość, że są tańsze, to pozwalają wykorzystać istniejące już ładowarki, których wielu ma kilka w domu. Osoby, które już nie mają takiej oryginalnej ładowarki, kupią sobie już taką standardową.
Muszę poruszyć jeszcze jeden temat – słynny recycling. To jest chyba największa zmora ekologów z jaką muszą walczyć. Zastanówmy się, dlaczego w ogóle z nią walczą i dlaczego tak mocno. To, co napisałem wyżej (odbiorniki TV, ładowarki, żarówki), a dokładniej to jak jesteśmy namawiani na siłę do konkretnego sposobu myślenia, powoduje, że na naszej planecie powstaje coraz więcej „złych” odpadów. Powstają góry żarówek energooszczędnych, góry ładowarek, góry TV. Ludzie nie mogą żyć bez tego wszystkiego, więc drepcą po nowe do sklepu i góra odpadów rośnie jeszcze bardziej. Ci ekolodzy nie robią nic innego, jak namawiają do produkcji coraz to większej ilości śmieci, z którymi tak walczą. Może dzieje się tak, bo chcą na siłę być potrzebni? Trzeba tutaj też wspomnieć o czymś jeszcze. Oczywiście Ci sami ekolodzy nakazują odzyskiwanie surowców wtórnych z tych żarówek, ładowarek czy TV. Czy zastanawiają się nad tym, że to, czego nie da się odzyskać jest spalane w krajach Trzeciego Świata i jeszcze bardziej i dokładniej zatruwa środowisko? Czy to jest takie trudne do zrozumienia?
Im dłużej słucham ekologów, tym bardziej dochodzę do wniosku, że jest to grupa osób, która ma do czynienia z największą ilością pieniędzy, są to najbogatsi i najbardziej bezczelni ludzie żerujący na biednych wolontariuszach, którzy nie wiele wiedzą na temat prawdziwej ekologii, wiedzą jedynie tylko to, co im Ci na górze nagadają. Potem oni to wmawiają „ludowi”, a ten jak koń z klapkami na oczach w trybie robota, który właśnie otrzymał nowe baterie, wytworzone z surowców wtórnych (gdzie 60 procent surowców poszło z dymem w powietrze, skutecznie je zanieczyszczając) wykonuje ich polecenia, albo je omija w taki sposób, że i tak niszczy środowisko. Oczywiście Ci na górze bardzo się cieszą i zacierają rączki, albowiem więcej mają z tego korzyści.
Na koniec mała łezka w oku. Czy wasz LCD-TV, odtwarzacz MP3 czy nowa wieża audio będzie działać za 60-70 lat bez większych problemów po małych konserwacjach, jak to dzisiaj ma miejsce ze sprzętem sprzed 60-70 lat?
Zadajcie sobie pytanie, ile razy przeciętna rodzina wymieniała sprzęt RTV/AGD, a ile razy wymienia teraz. Czy potrzebujemy co roku nowej komórki, nowego TV, nowego laptopa itd.?
Dla mnie nieistotne jest rozstrzygnięcie sporu między akolitami a antagonistami rozlicznych teorii o powodach globalnego ocieplenia. Ważne dla mnie jest to, że w czasach informacji mamy dezinformację, a w czasach pokoju naukowcy należycie ze sobą nie współpracują nawet w obrębie jednej dziedziny, a co tu myśleć o gronie badaczy z wielu obrębów. Martwi mnie, że w czasach rzekomego dbania o entourage, bardziej niszczymy swoje otoczenie własną niedokładnością w zdobywaniu wiedzy i chęcią prowadzenia lekkiego życia. Ubolewam, że często źródeł kłopotów szukamy nie tam gdzie trzeba, a tam gdzie nie ma żadnego problemu, widzimy go i przyczyn szukamy na siłę. I nie dam się zwieść, że to wszystko w imię dobra ogółu i Ziemi. Gmin liczy się dla wielu tylko z tego powodu, żeby nim sterować. Człowiek dojrzał, aby tworzyć wspaniałe wynalazki, ale nie dojrzał na tyle, aby tworzyć i wykorzystać je w odpowiedni sposób i rozmawiać z innymi, którzy znają się na dziedzinach, które mogą mieć jakieś powiązania z tym, co on powołuje do życia. Pewnie, że nie da się zmienić z dnia na dzień wszystkich nawyków i wszystko wiedzieć, ale warto stopniowo, małymi krokami skłaniać się ku prawdziwemu ulepszaniu jakości życia.